Tech-NIE-logiczne skoki narciarskie

Ekspertów w dziedzinie skoków narciarskich w naszych kraju nie brakuje. Jest nas (osobiście również zaliczam się do tej kategorii) dużo więcej niż zawodników, trenerów i ludzi, którzy faktycznie mają pojęcie o sportach zimowych. To oczywiście ironia, ale jestem przekonany, że każdy z nas siadając przed telewizorem, staje się na czas transmisji ekspertem i analitykiem. A przynajmniej tak mu się wydaje. „Spóźnione odbicie”, „lądowanie na buli” czy „punkt konstrukcyjny” to pojęcia, które już na dobre zagościły w świadomości kibiców. I dobrze. Im więcej wiemy, tym lepiej rozumiemy wszystko co nas otacza. Również sport, a więc i skoki narciarskie.

Skoczek 710

 

Dyscyplina, dzięki której świat usłyszał m.in. o Marusarzu, Fortunie, i Stochu przez lata ewoluowała. W 1808 roku, norweg Olaf Rye skokiem na odległość 9,5 metra ustanowił rekord świata. Na przełomie XIX i XX wieku skakano już o 20 metrów dalej. Obecny wynik Johana Remena Evensena to prawie ćwierć kilometra – 246,5 m.

Tak duży postęp, bez wątpienia ma związek z udoskonalaniem techniki, metod treningowych oraz rozbudową wielu skoczni. Ale to nie wszystko. Również przepisy, które ulegały zmianom powodowały, że skoki nie tylko stawały się odleglejsze ale i bezpieczniejsze.

Na przestrzeni kilku ostatnich lat, proces ten nabrał rozpędu. A wszystko za sprawą rewolucyjnych decyzji organów zarządzających, z Walterem Hoferem na czele. Niektóre z nich, jak na przykład utworzenie Pucharu Świata dla kobiet, zasługują na pochwałę.  Zdarzają się również pomysły, które  delikatnie mówiąc są bardziej kontrowersyjne.

Przepis dotyczący bonifikaty punktowej w zależności od warunków wietrznych podzielił środowisko na dwie części. Zwolennicy, którym lideruje dyrektor Hofer, doszukują się w takim rozwiązaniu sprawiedliwości. Przeciwnicy krytykują go za brak czytelności i wypaczanie rezultatów. I słusznie, bo system ten jest niedopracowany.

Żeby lepiej zrozumieć problem, trzeba wziąć pod uwagę jeszcze jedną nowinkę, czyli możliwość dostosowania długości rozbiegu według uznania. I znowu zwolennicy dopatrują się w tym rozwiązaniu pozytywów. Tym razem chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa zawodnikom. Bardziej sceptyczni rozumieją, że przepis ten był skrzętnie wykorzystywany do wyrafinowanych gierek taktycznych.

Ale o co w ogóle chodzi?

Od sezonu 2009/10 w zawodach Pucharu Świata, a także na ostatnich Igrzyskach w Soczi, zawodnikom dodawano bądź odejmowano punkty od końcowej noty. A wszystko to przez wiatr. Najprościej mówiąc jeżeli skoczek podczas swojej próby ma korzystne warunki atmosferyczne, zostaje za to ukarany. Działa to analogicznie w drugą stronę. Nagradza się tych, którym wiatr nie pomaga. Wszystko to liczy się specjalnym wzorem.

Podobnie sprawa ma się z długością najazdu, a więc z numerem belki startowej. Dawniej wszyscy startowali z tego samego pułapu i wszystko było jasne. Zmieniono to, ponieważ jak twierdzą zwolennicy, skoki były mniej atrakcyjne. Słabsi zawodnicy startując z tej samej belki co czołówka nie byli w stanie osiągać przyzwoitej odległości. Ponadto jeżeli warunki diametralnie się zmieniały, nie można było redukować długości najazdu dla następnych zawodników. Trzeba było powtarzać całą serię. Obecnie jury może dowolnie manipulować belką.

Dla każdej skoczni te dwa wskaźniki (wiatr/belka) dobierane są indywidualnie. Ilość przyznawanych i odejmowanych punktów jest z góry określona. Oprócz kalkulatora, do pełnej oceny skoku potrzebne nam są również tablice matematyczne z uwzględnionymi wzorami i określonymi parametrami poszczególnych skoczni. Taka sytuacja co najmniej utrudnia widzom zrozumienie tego co dzieje się w konkursie. Transmisja telewizyjna wraz z komentatorem nieco ratuje całą sytuację. Ale co z kibicami pod skocznią? Nikt specjalnie się nimi nie przejmuje. Kiedyś wszystko było jasne i logiczne – kto skoczy dalej wygra. Dzisiaj można pofrunąć najdalej, a i tak wypadnie się poza pierwszą dziesiątkę. O podium nie wspominając. Organizatorzy podejmują desperackie próby ratowania widowiska. W Oberstdorfie na skoczni wyświetlana jest specjalna laserowa linia, która informuje gdzie zawodnik musi wylądować aby objąć prowadzenie. Uwzględnia ona wiatr i belkę, ale … widoczna jest dopiero późnym wieczorem.

Doczekaliśmy się już nawet wielkiego skandalu dotyczącego ów feralnego przepisu. Na Mistrzostwach Świata w 2013 roku, polska drużyna została sklasyfikowana ostatecznie na czwartej pozycji. Po interwencji Thomasa Morgensterna jury konkursu przyznało nam brązowy medal. Wszystko za sprawą skoku norweskiego zawodnika, któremu nie odjęto punktów za podwyższony rozbieg. Przez to „małe” niedopatrzenie Polacy zostaliby pozbawieni medalu, a Norwegia cieszyłaby się z v-ce Mistrzostwa Świata. To mógł być bardzo brzemienny w skutkach błąd.

Próby ujarzmienia natury za pomocą wzoru matematycznego w mojej opinii są śmieszne. Dawniej wygrywali Ci, którzy byli w najwyższej formie. To się nie zmieniło. Żaden współczynnik F, czy korelacja z belką startową nie są w stanie wyrównać szans. Powodują tylko zbędne zamieszanie. System ten jest BARDZO niedopracowany. Dla wiatrów czołowych i tylnych, wartości są takie same. Dla przykładu za 0,5 m/s dostanie się tyle samo punktów, co zostanie odjętych. A odczucie zawodnika i wpływ na skok jest zdecydowanie odmienne. Boczne podmuchy wcale nie są brane po uwagę. Przecież ich znaczenie dla długości skoku jest ogromne. Zresztą przy odpowiednio ustawionym rozbiegu mniejszy wiatr z przodu jest korzystniejszy przy dużych prędkościach. A jeszcze dodają za to punkty. Zaczyna to przypominać budowanie wieży Babel. Człowiek to tylko człowiek i nie powinien wypaczać wyniku jeszcze przed startem. Za kilka lat to matematycy na podstawie siły mięśni i pogody danego dnia będą przyznawali medale. Rywalizacja nie będzie konieczna. Dlaczego w skoku w dal nie przyznawać dodatkowych centymetrów za wiatr, a odejmować za długość ścięgna Achillesa a więc i kolor skóry? To przecież wyrównywanie szans. Logiczne. Przynajmniej dla obecnych władz FIS. Dla mnie NIE.

Holmenkolen

W obecnym sezonie letnim testowano kolejne rewolucyjne rozwiązanie. Wszystkich startujących w konkursie podzielono na cztery grupy – w każdej dwunastu zawodników. Do drugiej serii awansowało po sześciu najlepszych. Ocena końcowa składała się z trzech skoków. Dodatkowo liczono próbę z kwalifikacji. Pomysł ten nie przeszedł i postanowiono z niego zrezygnować. Może zrozumieli, że seria kwalifikacyjna w takim wypadku przestałaby nią być? Głowa mała, ale gratulacje za końcową decyzję.

Coraz częściej słyszy się również głosy dotyczące zmian w komisji sędziowskiej. Skoki ocenia pięciu arbitrów. Trzy pośrednie noty są brane pod uwagę. Logiczne i sprawiedliwe. Dlaczego tego nie zmienić? Przecież skok może oceniać tylko dwójka. Powiedzą czy był telemark czy nie i tyle. Można by też z tej piątki dwójkę wyeliminować. Łatwiej o przekręty, bo żadna ocena nie będzie odrzucona. Na koniec pozostawiłem pomysł, który powinien być przedstawiany w żółtym plastronie lidera. Najgłupsza inicjatywa ostatnich lat. Wycofajmy sędziów. Wszystkich! Przecież skoki to dyscyplina z tradycjami, w którym styl i estetyka są nieodzowne. Ale to również nie przejdzie. Nigdy. Jestem co do tego przekonany. W przeciwnym wypadku skoki narciarskie przestaną nimi być.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s